Opowiadania o One Direction i Neymarze jr

01 stycznia 2017

Neymar jr

Rozdział 2
Komentujesz = motywujesz 
Obudziłam się około 6:00. Przez dłuższy czas leżałam ale w końcu postanowiłam wstać. Przecież czaka mnie wspaniały dzień. Wiele osób oddałoby wszystko by być na moim miejscu. Przeszłam do toaletki gdzie zaczęłam szukać kremu. Kiedy go znalazłam usiadłam i bardzo powoli go wsmarowałam. Później zrobiłam lekki makijaż. Ubrałam się w różową sukienkę. Pomyślałam że mogę zrobić śniadanie. Padło na jajecznicę ponieważ nic innego nie mogłam znaleźć. 
- Co tak ładnie pachnie ? -zapytała Beti po czym ziewnęła przecierając oczy. Jej blond loki były potargane alei tak wyglądała pięknie. Podałam jej jajecznicę i sałatkę. Zjadłyśmy w milczeniu. 
- Dziś impreza u Leo - powiedziała podczas zmywania. - Może pojedziemy teraz po jakiś prezent dla niego ? 
- Jakiś pomysł ? 
- Nie mam pojęcia. 
- Jak nie wiadomo co kupić chłopakowi to kupuje mu się gre lub piłkę ale on pewnie ma tego mnóstwo. 
- Może jakiś zegarek. 
- Pewnie też ma. 
- To będzie miał kolejny - puściła do mnie oczko. Po około 30 minutach już wychodziłyśmy z domu. Pojechałyśmy do galerii gdzie po godzinie udało nam się wybrać zegarek. Sprzedawca chyba miał dość naszych zmiennych decyzji. 
- Kupmy coś na wieczór - zaproponowała Beti podczas jedzenia obiadu w KFC. Zgodziłam się. Zaczęło się więc szukanie ubrań. Dla mnie wybrała czarną sukienkę i tego samego koloru szpilki a dla siebie czerwoną sukienkę i srebrne szpilki
- Yyy... Diana nie chce cię martwić ale jest już po 17 - powiedziała Beti. 
- Co ? - zrobiłam wielkie oczy. 
- Musimy się spieszyć - pociągnęła mnie za wolną rękę. 
W domu byłyśmy o 18. Szybko się pomalowałam a następnie ją. Uczesała mnie i poszłam się przebrać w naszykowane ubrania. 
- Mamy jeszcze 20 minut - martwiła się. 
- Tylko chwilkę się spóźnimy - uspokoiłam blondynkę. 
- Dobra ładniejsze już nie będziemy. Chodź - pobiegłyśmy do samochodu. Po 30 minutach byłyśmy na miejscu. Była to ogromna willa na kształt zamku z basenem. Na dużym podjeździe stało wiele samochodów. Większość zupełnie nowych i bardzo drogich. Już stąd słyszałyśmy muzykę. No nieźle! Ruszyłyśmy chodnikiem. 
- Zobaczyłem jak idziecie - powiedział otwierając nam drzwi Leo. - Cześć. 
- Hej - przywitałyśmy się przytuleniem przy okazji składając mu życzenia. Wręczyłyśmy mu ładnie zapakowane pudełko. Podziękował i zaprosił do środka mówiąc przy okazji żebyśmy czuły się jak u siebie. 
- Diana ...- zrobiła błagalną minkę. 
- Idź - pozwoliłam jej wiedząc że chce iść potańczyć i już jej nie było. Rozejrzałam się. Dom z środka wydawał się jeszcze większy. 
- Hej Diana ! Gdzie Beti  -zapytał pd razu gdy mnie zobaczył Pique. Widać było że czekał na nas. 
- Tańczy - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. przytulił mnie i ruszył we wskazanym kierunku. 
Zobaczyłam bar. Zaczęłam iść w jego kierunku ale w połowie drogi potknęłam się i na kogoś wpadłam. Prawie się przewróciłam. Dobrze że ta osoba mnie złapała...
- Mogłem się tego spodziewać. Królowa gracji  stwierdził z sarkazmem Neymar. 
... Już wolałabym upaść. 
 - Masz jakiś problem ? - dzielnie walczyłam patrząc mu w oczy. 
- Z tobą bardzo duży - rzucił i odszedł. Jak ja go nienawidzę. 
- Barceloński debil - szepnęłam do siebie. - Sok poproszę - powiedziałam do barmana.
- Jest pomarańczowy lub... - przerwał.  -Diana ?
Spojrzałam na niego zaskoczona. Był to Igor. 
- Cześć ! Jak dawno cię nie widziałam - udałam entuzjazm. A myślałam że gorzej już być nie może. Odwrócił się i nalał mi soku. 
- Twój ulubiony. Pamiętałem - podał mi sok jabłkowy. 
 - Dziękuję - posłałam mu uśmiech i wzięłam szklankę do rąk. 
- Co tam u ciebie? - zapytał gdy już miałam się odwracać. 
- A wszytko po staremu a u ciebie ? - starałam się być miła. 
- Ostatnio coraz lepiej. Jakoś nie mogłem się pozbierać po naszym zerwaniu. 
Zapomniałam wspomnieć: to mój były chłopak. Najgorszy jakiego miałam. Zdradzał mnie na prawo i lewo. Jakoś nie uwierzyłam że ciężko mu było się pozbierać. 
- Naprawdę ? -świetna ze mnie aktorka. 
- Tak nawet... - nie dokończył ponieważ zawołał go któryś z gości. Ja wykorzystując okazje uciekłam ze szklanką w rękach. Nagle ktoś zasłonił mi oczy. Przestraszyłam się i o mało co nie wypuściłam jej na ziemię. 
 - Spokojnie - zaśmiał się ktoś do mojego ucha. Spojrzałam za siebie. Był to Luis Sanhez. 
- Ach, to ty ! Przestraszyłeś mie - dostał łokciem w bok. 
- Moja to wina ? - zaśmiał się. - Idziemy usiąść ? 
- Jasne - poprowadził mnie do wielkiej sofy w innym pokoju. Tu akurat było mało osób. Rozejrzałam się. Mój wzrok zatrzymał się na Neymarze. W tym samym momencie on spojrzał na mnie. Obdarzyliśmy się nienawistnym spojrzeniem. Wtedy żałowałam ze wzrok nie potrafi zabić. 
 - Co jest ? - wyrwał mnie z zamyślenia Lu. 
- Nic nic - moje oczy zwróciły się na niego. Tyle  ze pozbawione już negatywnych emocji. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie. 
- Jak "nic" ? Przecież widzę jak na siebie patrzycie aż się was boję - zaśmiał się. 
- To on zaczął - zrobiłam niewinną minkę. 
- Tak zauważyłem - powiedział.
- Tylko nie wiem czemu. 

- To chyba nie chodzi o ciebie. Gdybyś go widziała kilka tygodni temu! Nie przepuścił żadnej dziewczyny. Mówiliśmy mu żeby się ogarnął ale on do kilku miesięcy co tydzień miał inną. Wcześniej z żadną się nie pokazywał. Ucieszyliśmy się że jakąś sobie znalazł ale po trzeciej w ciągu miesiąca wydało nam się to dziwne. To jeszcze mogliśmy przemilczeć ale do tego doszły ciągłe imprezy. Często chodził pijany. Kiedyś nawet przyszedł nietrzeźwy na trening. Trener się wściekł Później się pokłócili i trener zagroził jeśli jeszcze raz się to sanie wyrzuci go z drużyny. Naprawdę, nie żartował. Zaczął ignorować fanów. Pojawiły się na niego niezłe plotki ale wiesz w każdej plotce jest trochę prawdy - zakończył monolog. Było widać że chce się komuś wyżalić. Podczas tego obserwowałam Neymara. Stał z dwoma dziewczynami popijając szampana. Ani razu na mnie nie spojrzał. 
- Słyszałam że podobno pokłócił się o to z Leo. 
- Bo to tylko jeden raz ? Ostatnio nie ma treningu bez ich kłótni! Chyba wczoraj widziałaś jak na siebie patrzyli. Messi specjalnie podłożył mu nogę za pierwszym razem. Barcelona od dłuższego czasu to nie to samo. Wszyscy albo się kłócimy albo do siebie nie odzywamy. Zaczęło się od Neymara ale jego zachowanie ma wpływ na wszystkie nasze relacje. 
- Jest aż tak źle ? - pokiwał głową w odpowiedzi. - O co się kłócicie? 
- Teraz to dosłownie o wszystko. Nawet możemy o to kto przyniesie sprzęt do ćwiczeń. Pamiętam to. Trener tak się wściekł że sam przeszedł po to. Pół treningu nam przez to minęło. Za to przez tydzień mieliśmy niezły wycisk. 
Neymar wyszedł z pomieszczenia. Odprowadziłam go wzrokiem .
- Ale przestańmy o nim nawijać bo aż mi się humor psuje - powiedział. 
- To o czym chcesz porozmawiać ? - spojrzałam mu w oczy. 
- O tobie. 
- O mnie ? - zdziwiłam się. 
- Tak o tobie. Jak sobie tu radzisz ?
- Wasz język jest bardzo trudny - stwierdziłam śmiejąc się. - Nadal nie rozumiem większości słów i nie potrafię nazywać wielu przedmiotów.
- Moge cię nauczyć - przyznał z entuzjazmem. - Darmowe lekcje hiszpańskiego od króla Hiszpanii - Luisa Sanheza! 
- Fajnie to brzmi. 
- To zaczynamy. Jak byś nazwała to ? - wskazał na stół. 
- La mesa. 
- Pięknie! A to ? - tym razem był to skórzany fotel. 
- Yyy....
- No niestety nie wiesz. El sillón.
- El sillon - powiedziałam. 
- Nie el sillon tylko el sillón.
- Dobra dobra nie krzycz na mnie - oskarżyłam go bezpodstawnie. - El sillón. 

17 grudnia 2016

Zobaczyłam biegnącego w naszą stronę Luisa Suareza z czymś w ręku. - Przepraszam dziewczyny - zawołał przeskakując pomiędzy nami ławkę rezerwowych i chowając się za drużynowymi fotelami. Za chwile wybiegł z tego samego miejsca Denis Suarez. najdziwniejszy był jego strój, a raczej brak spodenek. Zdałam sobie wtedy sprawę że musiało to być ową rzeczą którą trzymał Luis. Pigue zaczął się śmiać a my razem z nim. Denis w tym czasie rozglądał się za złodziejem. Miał na sobie bluzkę klubową i czerwone bokserki w czarne malutkie serduszka. Myślałam że Gerard popłacze się ze śmiechu. - Gdzie jest Luis ? - zapytał chłopak. Nikt nie zdążył odpowiedzieć ponieważ wyskoczył zza naszych miejsc wołając "tu jestem" i zaczął biec na środek boiska gdzie zdążyła się już zgromadzić reszta drużyny która pękała ze śmiechu. Nim przebiegł kilka metrów Denis skoczył mu na plecy i obaj runęli na ziemię gdzie dokończyli "walkę" o spodenki.- Chodźcie - powiedział Pique i dołączyliśmy do reszty. Młodszy z mężczyzn gryzł drugiego w rękę. Ten zaś pociągnął go za włosy po czym się na nim położył. - Kanapka - krzyknął któryś z zawodników a wszyscy chłopcy rzucili się na leżących. My stałyśmy patrząc na nich. - A wy to kto? - odezwał się zimny głos za nami. Ton głosu tej osoby był bardzo nieprzyjemny. Odwróciłyśmy się i zobaczyłyśmy Neymara. - My... yyy... - zaczęłam. - Wysłów się - powiedział wrogo przeszywając mnie wzrokiem. - Przyszły ze mną. To moje koleżanki- wstawił się za nami Pique. Spojrzałam w tamtą stronę. Wszyscy już wstawali a radosny nastrój prysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nikt już nawet się nie uśmiechał. Jedni patrzyli na Neymara inni spuścili głowy jakby czuli się winni. Miałam ochotę ich pocieszać. Nastąpiła chwila milczenia po której Luis się uśmiechnął i podszedł do nas z wyciągniętą ręką. Chłopcy zaczęli się po kolei przedstawiać. 
- A to Neymar - wskazał na niego Gerard. - Przedstaw się ładnie Ney. 
- Nie ma potrzeby. To kolejne zapatrzone w siebie fanki - zmierzył nas spojrzeniem. Zarumieniłam się. 
- Nie jesteśmy takie - krzyknęłam. 
- Właśnie widać. 
- Mógłbyś być milszy - stwierdził Messi. 
- Nie ma potrzeby - powiedział ponownie. 
- To że jesteś sławny nie znaczy że możesz się wywyższać - byłam wściekła i zawiedziona. Od kilku lar kibicuje Barcelonie a Neymar to mój idol. Teraz stoi przede mną i obraża mnie i moją ciocie. 
- Jakie mądrości z tanich seriali - odszczeknął. 
- Lepsze od twoich. Prędzej spodziewałabym się że Pique powie coś poważnego niż ty coś mądrego - chłopcy zareagowali na to długim "uuu". Neymar nie zdążył nic odpowiedzieć ponieważ trener zagwizdał i musieli ustawić się na zbiórce. 
- A wy to ... ? - zapytał trener.  
- Moje koleżanki - przerwał Pique uśmiechając się do nas. 
- Nasze też - wtrącił Denis.
- Mogą zostać? - Luis zrobił błagalne oczka. 
- Przyda mi się pomoc - stwierdził trener puszczając do nas oczko. Zaczął objaśniać taktykę gry. 
- Teraz musicie się rozgrzać. Iniesta prowadzisz - rozkazał. 
- Jupi ! - ucieszył się i zaczął pokazywać ćwiczenia. 
- Dziewczyny - zawołał nas trener. - Jak się nazywacie ? 
- Beti. 
- Diana- odpowiedziałyśmy. 
- Skąd jesteście ? - dopytywał. 
-  Z Polski. 
- Aaa... Z Polski jest też Robert Lewandowski i ten Bl... - zaczął ale nie miał dokończyć nazwiska. 
- Błaszczykowski - zgadłam. 
- Tak - ucieszył się że go wyręczyłam. - Chłopcy często oszukują więc pomożecie mi sędziować. 
- Yyy... Co mamy robić ? - zapytałam po polski Beti. Nadal nie wszystko rozumiałam.  
- Mamy mu pomóc w sędziowaniu - powiedziała w tym samym języku. Pokiwałam głową. 
- Możecie to rozłożyć tu w linii co dwa kroki ? - zapytał wskazując miejsce. Wzięłyśmy pachołki i rozłożyłyśmy je według zaleceń. 
- Dziękuję 0 powiedział po czym skierował się do drużyny- teraz kółka. 
- ile ? - zapytał Neymar już miłym tonem. Przez chwile nie byłam pewna czy wcześniejsza sytuacja nie była jedynie moim wymysłem. Jednak po tych słowach zmierzył mnie gniewnym spojrzeniem i znów się zarumieniłam. 
- 3 - odpowiedział trener. Napastnik zaczął biec. Po tym ćwiczeniu było jeszcze kilka przy rozłożonych przez nas pachołkach a później podzielili się na dwie drużyny. Wygrała ta Neymara. Chłopcy naprawdę oszukiwali lub co chwile się popychali i uderzali piłkę rękami. Po treningu podszedł do nas Leo. 
- Jutro mam urodziny więc jeśli macie ochotę to możecie przyjść - zaproponował. 
- Chętnie - odpowiedziała za nas Beti. Wymieniliśmy się numerami.  
- Napiszę do was i podam miejsce. Do zobaczenia - [pżegnał się. 
- Pa. 
- Czy my właśnie...? - zaczęła Beti. 
- Tak - odpowiedziałam na niedokończone pytanie. 
 - Chodź  - objęła moje ramiona i ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Po raz ostatni rozejrzałam się po boisku. Było ogromne. Ze wszystkich stron otaczały nas trybuny. Wyobraziłam sobie wszystkie miejsca zajęte. Ludzie byli ubrani w kolory Barcy. Już wiem jak muszą się czuć chłopcy.  
Wróciłyśmy zmęczone do domu. Zjadłyśmy kolacje nadal przeżywając to zdarzenie. Poszłam do pokoju gdzie włączyłam laptopa. Postanowiłam się trochę pouczyć hiszpańskiego. Włączyłam pierwszą lepszą stronkę internetową i zaczęłam powtarzać słowa. W końcu miałam już dość i wyłączyłam urządzenie. Usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości. 
Cześć Diana. Jutro u mnie o 20? Beti dostała już adres. //LM
Ja:
Hej. Na pewno będę.
Leo: 
Do zobaczenia. 
 Po otrzymaniu wiadomości podpięłam telefon do ładowarki i przewróciłam się na bok odpływając do krainy Morfeusza.

02 grudnia 2016

Neymar jr

Rozdział 1

Komentując motywujesz do dalszego pisania więc proszę zostaw komentarz ;)

Dziś nadszedł kolejny dzień. Nie mam siły wstać z łóżka. Patrzrzyłam w sufit. Usłyszałam ciche pukanie i szybko zamknęłam oczy.

- Diana, pora wstawać - usłyszałam szept mamy. Przewróciłam się na drugi bok.

- Nie chce - powiedziałam kuląc się pod kołdrą.

- Dasz rade, kochanie - powiedziała kładąc dłoń na moich plecach. Kilka kropel łez popłynęło po moich policzkach.

- Nie potrafię - wyszeptałam. Jeszcze bardziej się skuliłam. Coś mnie zabolało w klatce piersiowej. 

- Mamo, proszę daj mi jeszcze chwile.

- Weź tylko leki - poczułam fale mdłości. Znowu leki. To była męczarnia. Codziennie musiałam brać garść tabletek. Trudność sprawiło mi nawet zmienienie pozycji na siedzącą. Mama podała mi je i szklankę wody. Szybko je przełknęłam i znów się położyłam.

- Prześpij się jeszcze - powiedziała po czym wyszła. Po tabletkach nie czułam zbytniej różnicy ale brałam je dla mamy. Wtedy była o mnie spokojniejsza. Spróbowałam wstać ale zbyt dużo mnie to kosztowało. Kilka kolejnych łez popłynęło po moich policzkach. Walczyłam ze swoim ciałem. W końcu udało mi się wstać. Przeszłam do toalety. W lustrze zobaczyłam dziewczynę z ciemnymi włosami. Patrzyła na mnie jasnymi, smutnymi oczami. Przyzwyczaiłam się do widoku swojej smutnej twarzy. Zaczęłam się malować powtarzając słowa : jesteś piękna, masz po co żyć, masz rodzinę, dużo osób cię kocha...

To miało mnie  przekonać do dalszego życia. Pomaga? Czasem. 
 

- Kochanie chodź tu na chwile - zawołała mama z dołu. Szybko zbiegłam po schodach i dostałam się do kuchni. Przy stole siedziała moja rodzicielka, tatą i ciocia Beti. Była to niska blondynką. Zwykle mówiłam do nie po prostu po imieniu. Od razu ją przytuliłam. Dawno jej nie widziałam.

- Cześć mała - powiedziała a ja się od niej oderwałam. 

- Już nie taka mała - zrobiłam naburmuszoną minę.

- Dobrze już dobrze. Wygrałaś - zaśmiała się. 

- Mamy dla ciebie propozycje- powiedział łagodnie tata. 

- Jaką ? 

- Polecisz ze mną na wakacje do Barcelony - powiedziała ciocia. - Oczywiście jeśli masz na to ochotę. 

- Oczywiście że tak - zgodziłam się bez entuzjazmu. Powinno być fajnie. Przynajmniej tak mi się wydaje.

- Idealnie ! Jutro wyjeżdżamy a teraz jedziemy na duże zakupy - prawie piszczała z podekscytowania. 

- Dobrze - wymusiłam uśmiech. 

- To się zbieramy.

Zabrała mnie do galerii. Chodziłyśmy po wszystkich sklepach co chwile kupując coś nowego. Były to przeważnie jasne letnie ubrania. Wśród nich nie zabrakło sukienek które uwielbiałam nosić.

- Wystarczy mi chyba tych zakupów na kolejne dwa tygodnie - stwierdziłam wsiadając do samochodu. 

- Chyba nie mówisz tego poważnie ! Jutro w Barcelonie też idziemy na zakupu - poinformowała mnie. No tak zapomniałam ciocia jest zakupoholiczką. Zapowiadają się długie dwa miesiące...

Po przyjeździe do domu zaczęłam się pakować.  Tak upłynął mi cały dzień. W nocy nie mogłam usnąć. Przewracałam się z boku na bok. Dopiero gdy zaczęło świtać zdołałam zasnąć. Długo nie pospałam ponieważ koło 6 obudziła mnie mama. Umalowałam się i spakowałam ostatnie rzeczy. Nie jadłam śniadania - zwykle rano nie mam ochoty jeść. Nałożyłam koronkową sukienkę

                                              ***

- Wchodź - ciocia przepuściła mnie w drzwiach swojego domu.   

- Dzięki - weszłam do środka. Nie był to duży domek. Od progu było czuć zapach świeczki wiśniowo czekoladowej. Mój nos mnie nie zawiódł gdy tylko weszłam do przedpokoju zobaczyłam mnóstwo świeczek przede wszystkim o tym właśnie zapachu. Zamknęłam oczy i przez chwile delektowałam się pięknym zapachem. 

- Uwielbiam te świeczki - stwierdziła trzymając jedną w dłoni.

- Podoba mi się - przejęłam od niej świeczkę i przystawiłam do nosa by mocniej czuć jej zapach.

- Idź się rozpakować bo za niedługo idziemy zwiedzać ! - użyła tego swojego entuzjastycznego głosu. Zaśmiałam się. Pokazała mi pokój w którym będę spała. 

- Tu możesz ułożyć swoje rzeczy. Jeśli chcesz to możemy przemeblować go. Dla mnie to bez różnicy i tak go nie używam - powiedziała.

- Dziękuje - przytuliłam ją. 

- No już. Dosyć tych czułości - zaśmiała się. - Mamy mało czasu.

Zostawiła mnie samą. Wyłożyłam rzeczy na półki a kosmetyki rozłożyłam na toaletce. Usiadłam na łóżku. Podkuliłam kolana do klatki piersiowej i przez chwile tak siedziałam. Zastanawiałam się co będzie dalej.  

- Diana ! - zawołała ciocia.   
- Już idę - odkrzyknęłam. W progu prawie się przewróciłam. W ostatniej chwili złapałam się stojącej przy drzwiach szafy. Narobiłam przy tym dużo hałasu.
- Nic ci nie jest ? - zapytała wychodząc z toalety.
- Wszystko w porządku - powiedziałam poprawiając sukienkę. - Po co mnie wołałaś ?
- Przygotowałam ci kąpiel - wskazała drzwi toalety a ja ruszyłam w tamtą stronę.
- Dziękuję - rzuciłam jej się na szyję.
- Właź szybciutko i bo ci woda wystygnie. I nie waż mi się spieszyć - pogroziła mi paluszkiem i odwróciła się żeby odejść. Wykorzystując okazje klepnęłam ją w tyłek i szybko zamknęłam się w toalecie nim zdążyła mi oddać. 
Związałam włosy w kitkę. Zdjęłam z siebie ubrania. Zanurzyłam palce stopy w gorącej wodzie. Po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Zanurzyłam się aż po szyje a z ust wydobyło się westchnienie. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się ciepłem wody. Poczułam jak moje ciało się odpręża. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudził mnie dopiero dźwięk pukania do drzwi.
- Tak ? - odezwałam się zachrypniętym głosem.
- Mówiłam ci żebyś się nie spieszyła ale jest już po 14 - oznajmiła dwudziestolatka. 
- Już wychodzę! Przepraszam zasnęłam - szybko zaczęłam się wycierać. Usłyszałam w odpowiedzi tylko jej chichot. Przeszłam do swojego pokoju w samej bieliźnie. Z szafy wybrałam luźną kremową bluzkę i krótkie spodenki/
- Ja już jestem gotowa - powiedziałam wchodząc do kuchni.
- Jedz - rozkazała podając mi talerz z jakąś nieznaną potrawą. Szybko zaczęłam jeść.
- Smakowało ? - zapytała gdy już skończyłam.
- Pyszne - pochwaliłam.
- Idziemy?
- Tak.
Pokazała mi dosłownie całe miasto. Musiałam ją odciągać od wszystkich mijanych sklepów. Na końcu nadeszła pora na Camp Nou.
- Panie chcą wejść na stadion? - odezwał się ktoś za nami. Mężczyzna był wysokim szatynem z kilkudniowym zarostem. Miał piękne niebieskie oczy wokół których pojawiły się urocze zmarszczki od uśmiechu. Beti aż oczy rozbłysły na jego widok.
- Tak, a jest jakiś problem ? - zapytała.
- Za chwile jest trening więc nie pozwolą wam tam wejść - wskazał łokciem stadion ponieważ w ręku trzymał torbę sportową.
- Wielka szkoda. Diana bardzo chciała tu wejść - zrobiła smutną minkę. Ja za to przypatrywałam mu się. Skądś go znałam ale nie wiem skąd.
- Nie proszę tylko nie ta minka. To na mnie nie działa - powiedział bez przekonania. Widać było że pęka. Beti też to zauważyła. Zrobiła więc jeszcze duże oczka.
- Nie , nie, nie - odwrócił głowę a po chwili znowu na nią popatrzył jakby chciał się upewnić czy przestała jednak ona nadal to robiła.
- Skoro nie możemy... - spuściła głowę.
- Och będę tego żałował - ciocia rzuciła mu się na szyję. 
- Dziękuje - zawołała.
- Ale pod jednym warunkiem - zaczął. - Albo lepiej pod dwoma.
- Jakimi ? - przypomniałam o moim istnieniu. Niebieskie oczy skierował na mnie.
- Po pierwsze będziecie udawały że znamy się dłużej. Chłopcy będą źli jak przyprowadzę obce dziewczyny - z zakłopotaniem drapał się po karku a później nieśmiało spojrzał na Beti. - Po drugie dasz mi swój numer.
- Niech będzie. Daj telefon - wyciągnęła rękę a on podał jej komórkę. Wpisała mu numer i oddała urządzenie.
- Dzięki - uśmiechnął się słodko. - Chodźcie.
Otworzył kartą bramę i przepuścił nas przodem.
- Musimy ustalić jakąś wersje wydarzeń. Jak macie na imię?
- Diana.
- Beti.
- Okey ja jestem Gerard. Znamy się od kilku miesięcy. Dziś się spotkaliśmy się i zaprosiłem was na trening. Brzmi wiarygodnie? - zapytał. Prowadził nas już na boisko.
- Raczej tak - przyznała Beti.
- Usiądźcie tu - wskazał ławkę rezerwowych. - Ja zaraz wrócę - i już go nie było.
- Ej to był Gerard Pique ? - zdziwiłam się.
- Nie mam pojęcia ale był mega przystojny - wyznała. Zaczęłyśmy tak gadać aż wreszcie przyszedł Pique.
- Już jestem. Zaraz przyjdą chłopcy. Musimy być wiarygodni - puścił do nas oczko. 

29 listopada 2016

Neymar jr

Prolog  

Komentując motywujesz 
Leże na ziemi. 
Jest zimno.
 Bardzo zimno.
 Przemarzłam do szpiku kości.
 Błoto oblepia moją twarz i ciało.
 Krwawię. 
Z rany na mojej głowie cieknie powoli czerwona ciecz. 
Wiem że to już koniec.
 Oprawca kieruje w moją stronę broń. 
Widzę jego oczy. 
Są prawie czarne. 
Nie ma w nich nawet śladu wahania. 
Wiem że to chce zrobić. 
Po raz ostatni rozglądam się po ciemnym pomieszczeniu.
 Po raz ostatni łapię oddech.
 Moje płuca z trudem przyjmują dawkę powietrza.
 Ale warto umrzeć za miłość. 
To piękna śmierć. 
Moje serce kilka ostatnich razy przetacza krew.
 Usta po raz ostatni wypowiadają piękne słowa: 
KOCHAM CIE NEYMAR.

19 listopada 2016

One Direction

Rozdział XXXVII
- Co tam porabiasz kochanie ? - zapytał Zayn. 
- Szczerze to nic. Nudzi mi się - odpowiedziałam odkładając telefon. W tej samej chwili rozległo się płukanie do drzwi a chwile później weszła przez nie pani doktor. 
- Mogłabym prosić by pan wyszedł ? - wróciła się do Malika. Spojrzał na mnie a ja kiwnęłam głową. Wstał z łóżka i opuścił pomieszczenie. Kobieta zbliżyła się do mnie. Obejrzała moge rany. 
- Dobrze się goi - przyznała. - Nie pozostaje mi nic innego jak dać ci wypis. 
- Dziękuję - ucieszyłam się. 
- Możesz się już zbierać. Tylko bądź ostrożna - powiedziała wychodząc. Od razu zabrałam się za pakowanie. Wzięłam prysznic i przebrałam się. 
- A co ty robisz ? - zapytał Zayn wchodząc do pokoju. 
- Mogę już wracać do domu - powiedziałam uradowana. Od razu mnie pocałował. Pomógł mi się spakować i chwile później przyszła pielęgniarka wyjąć mi wenflon. Przyjechała Nina z Harrym. Zayn zawiózł mnie do domu. Umówiliśmy się że w czwórkę będziemy u niego nocować. Brunetka gdy dowiedziała się o nowym początku mojego związku z mulatem była szczęśliwa. Wiedziałam że cieszy się moim szczęściem. W domu wzięłam jeszcze jeden prysznic by zmyś z siebie zapach szpitala. Przebrałam się w nowe ciuchy które kupiła mi pod moją nieobecność Nina. Była to krwistoczerwona bluzka. Jak moja mama by to nazwała - fruwajka. Do tego kupiła mi zdobioną brylancikami bransoletkę. Ubrałam jeszcze czarne spodnie i tego samego koloru sweterek do kolan. Wszystko to idealnie do siebie pasowało. Włosy związałam w luźny kok na czubki głowy. Zrobiłam wieczorowy makijaż i już byłam gotowa. Została mi jeszcze godzina więc zaczęłam gotować obiad. Zjadłam go razem z Niną. Chwile później przyszedł mulat. Nałożyłam czerwone szpilki i wyszliśmy. Wsiadłam do czarnego BMW. Jak dla mnie jechał zbyt nieostrożnie i szybko ale dość bezpiecznie. W czasie jazdy zebrało mi się na wspomnienia...
- Angela nie bój się. Będzie fajnie - przekonywał mnie Lou. Po ich długich namowach zgodziłam się pojechać. Dom był duży. Bardzo duży. Tak jak sobie to wyobrażałam ściany były w dość ciemnych kolorach Weszliśmy od razu do pokoju dziennego gdzie pomalowane były ciemnoczerwony. Meble koloru czarnego. Wszystko idealnie ze sobą współgrało.  Nie było niezbędnych. Wystrój był skromny. 
- Brakuje tu kobiecej ręki - wyszeptał mi do ucha Zayn. Troszkę się przestraszyłam. Spojrzałam na niego a on posłał mi łobuzerski uśmiech. - Nie bój się wchodź dalej.
Usiadłam obok Nialla. Przed nami stał czarny stolik na środku którego był wazon wypełniony do połowy bordowymi malutkimi kulkami a zamiast kwiatów stały w nim nienaturalnie czarne pióra. Wpatrywałam się w tę ozdobę ze ściągniętymi brwiami. 
- Angela pójdziesz mi po coś do jedzenia? - zapytał Niall słodkim głosikiem. Ja miałabym pójść ? 
- Ja... Yyy... Dlaczego ja ?- jąkałam się. 
- No proszę ... - słodkie oczka. O, nie ! 
- Chodź pokaże ci kuchnie - powiedział do mnie Zayn. Zawahałam się. Spojrzałam w jego oczy. To był błąd. Rozpłynęłam się w ich czekoladowym kolorze. Rusz się idiotko! zawołał mój wewnętrzny głos. Nieśmiało wstałam i poszłam za mulatem. Puścił mnie przodem w drzwiach. Rozejrzałam się po kuchni. Myślałam że będzie w niej ciemno tak jak w poprzednim pokoju. Jednak nie. Kuchnia była urządzona w zupełnie innym stylu. Na ścianach były tapety w małe kwiaty. W kilku miejscach wisiały obrazy przedstawiające owoce i warzywa. Podeszłam cy przyjrzeć się zdjęciu małego chłopca jedzącego spaghetti. Był cały upaćkany czerwonym sosem przez co wyglądał uroczo. 
- To... - zaczęłam nadal nie spuszczając oczu ze zdjęcia.
- Tak to ja - kącikiem oczu zobaczyłam że się uśmiecha.
- Nadal masz...- głęboki wdech po cichej wypowiedzi - dziecięce oczka. Nie zmieniły się. 
 Jego śmiech rozniósł się po kuchni. 

- Jeśli to był komplement to zupełnie nieudany - mówił nadal się śmiejąc. Również się zaśmiałam. - Wiesz co? Mam ochotę na spaghetti. Umiesz zrobić? 
- Oczywiście - odparłam bez zastanowienia. A co jeśli mu nie będzie smakowało ? 
- To idę zapytać czy też chcą trochę - i wybiegł w podskokach.  Jeszcze raz rozejrzałam się po kuchni. Meble były w jasnych kolorach. W oknie wisiały zasłonki w kwiaty...
- Angela ! - usłyszałam wołanie. Wyszłam szynko z kuchni. 
- Chcesz pojechać ze mną na zakupy ? - zapytał Zayn. Pokiwałam głową. Co mam do stracenia? 
- Zróbmy listę zakupów ! - zawołał mylat ciągnąc mnie za rękę z powrotem. 
- To będzie za mało dla dziewięciu osób. Może coś jeszcze ? - zapytał. 
- Przekąski ? 
- Też. 
- To może ryż z dynią ? - zaproponowałam. Widząc jego minę dodałam - bardzo dobre. Przynajmniej mi smakuje. 
- Uwierzę ci na słowo. Dyktuj co musimy kupić. 
Po około 10 minutach skończyliśmy. 
- Wychodzimy - oznajmiłam wchodząc do pokoju w którym wszyscy siedzieli. 
- Dobrze. Kupcie mi żelki - zawołał za mną Niall. 
- Zadzwońcie po Eleanor i Daniell - powiedział Zayn. 
- Którym jedziemy ? - zapytałam patrząc na pięć lśniących aut.
- Wybieraj - zaczęłam iść w stronę ferrari tak żeby mu zrobić nadzieję wobec jego tęsknego spojrzenia w tym kierunku. Jednak w połowie drogi odwróciłam się do niego. Wpadł na mnie. 
- Przepraszam - rzucił. 
- Chce jechać tym - wskazałam na czarne BMW. 
- Ale... Ale przecież szłaś ... Specjalnie to zrobiłaś - zrobił minę zbitego psa. A ja posłałam mu szeroki uśmiech. Nagle uniosłam się nad ziemią. Przerzucił mnie przez ramie i wsadził do czerwonego ferrari. 
- Ale ja nie chce - zaprotestowałam. 
- Za późno - pokazał mi język. Jechaliśmy ciągle się śmiejąc. W sklepie wsadził mnie do wózka i woził mnie po całym sklepie ustawiając wokół mnie odpowiednie produkty. W sklepie jeszcze postanowiliśmy zrobić muffinki i koreczki. Zeyn nie pozwolił mi nieść żadnych zakupów więc szedł cały obładowany reklamówkami. 
Wróciliśmy do domu. Zaczęliśmy przyrządzać spaghetti. Okazało się że Zayn nie umie nawet ugotować makaronu więc tylko kroił warzywa i nabijał je na wykałaczki. 
- Kto cie nauczył gotować - zapytał w końcu przerywając cisze.
-Mama - odpowiedziałam smutniejąc. 
- Co się stało ? - zapytał znajdując się momentalnie przy mnie. 
- Tęsknię - uśmiechnęłam się do niego. 
- Ja też - spuścił głowę.- Mogę cie o coś poprosić ? - zapytał nagle. 
- Tak ? 
- Pojedziesz kiedyś do mnie ? Poznałabyś moją mamę i resztę rodziny - chwile się zawahał. - Jeśli nie chcesz to ro...
- Chce - przerwałam mu. - Bardzo chętnie z tobą pojadę. 
Przytulił mnie. 
- Dziękuję - wyszeptał. Gotowaliśmy ciągle się śmiejąc i wygłupiając. Zayn robił za kelnera i gdy coś było już gotowe zanosił do jadalni...
- Angela ? - Zayn wyrwał mnie z zamyślenia. - O czym tak myślisz ? 
- O mojej pierwszej wizycie u ciebie - powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Obiecałaś mi wtedy że ze mną pojedziesz do rodziny - przypomniał sobie. 
- Gdzie Nina ? - zauważyłam nieobecność przyjaciółki.
- Poszła do Harrego. Idziemy ? 
- Jasne - wysiadłam  samochodu a on błyskawicznie znalazł się obok mnie. Weszliśmy do domu. 
- Kupiłem wszytko - oznajmił Harry gdy tylko weszliśmy. 
- Wszystko ? - zdziwiłam się. 
- Poprosiłem go żeby kupił składniki na kolacje - wyjaśnił. - Chodź - pociągnął mnie a rękę prosto do kuchni. Tam przyrządziliśmy ryż z dynią który tak lubił. 
- To kiedy jedziemy ? - zapytał po chwili milczenia. 
- Gdzie ? 
- Do mnie. Do mojej rodziny. Już nie mogą się doczekać. Zwłaszcza moja mama. Dziwne ale chyba ucieszyła się że nie jestem już z Perrie - zaśmiał się.
- Pojedziemy jak tylko będziesz miał ochotę. 
- Dobrze - zgodził się.